Dziesiąty dzień na szlaku był dość szczególny – wędrówką, a później piwkiem w schronisku świętowałem swoje urodziny. Nie ma chyba lepszego sposobu na spędzenie urodzin…
Startujemy coraz szybciej
Dzień rozpocząłem zanim kur na wsi zapiał. Wypoczynek miałem w bardzo sielankowym miejscu – w Agroturystyce u Bogusia. Wczoraj porozmawiałem z właścicielem przy piwku o trudach życia. Ostatni raport wysyłałem Wam biegając po wzgórzu między krowami a ich plackami (przy okazji Lesława zaliczyła wślizg w jeden z nich i trzeba było prać psa w rzece). Po wszystkim okazało się, że na miejscu jest super wifi. W Góry Sowie ruszyłem dziś o 5:30; mój najlepszy czas startu.
Wszystko po to, żeby oszczędzić Leśkę przed słońcem. Cały marsz dzisiaj przebiegł w zalesieniu, więc tylko się cieszyć. Przechodzę przez całe Czerwieńczyce i melduję się na szlaku. Pierwsze podejście w Czeski Las jest łagodne i przejemne. Nikt tędy dzisiaj nie szedł, to pewne, bo jestem tam ultra wcześnie, a to owocuje co 2-3 minuty szmerami w krzakach.
Magia jelenia
Nagle… W blasku wschodzącego słońca na wzgórzu dostrzegam pięknego jelenia rozprężonego w swoim długim susie. Gdyby oczy miały zdolność robienia i zapisywania zdjęć, to jeszcze w tym miesiącu miałbym w domu piękny obraz. Fantastyczny to był widok, siedzi mi w głowie do teraz. Później wchodzę do Silbergu i lecę w górę asfaltowymi zawijasami pod Twierdzę Srebrna Góra. Kiedyś się tu pojawię żeby zwiedzić to od środka, teraz jest dopiero koło 7:00, jest zamknięte i widzę jedynie leśniczego pokrzepiającego ZUL-i do pracy, a nie jarania fajek. Obchodzę twierdzę od zewnątrz, gdzie jest wysoki wał z urwiskami po bokach. Trzeba uważać. Kiedyś tu pewnie była woda z fosą, dziś rośnie tu sporo drzew i tabliczki informujące o przepaści. Z wału słyszę jakiś szelest w dole. To sroka, która zaczęła pieczołowicie wić sobie gniazdko. Chwilę ja obserwuję, ale nie chcę być zauważony, żeby nie zdeprymować.
Jaka to melodia?
Niesamowita jest taka obserwacja przyrody – wczoraj widziałem martwą wiewiórkę i mysz. Znów wracają do mnie myśli o przemijaniu i trochę je wypieram śpiewając. Pierwszą połowę trasy nucę „for you and for me…”, „knockin’ on heaven’s door” i „już ozimina szumieć zaczyna”. Ni stąd, ni zowąd zaczynam śpiewać, że oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba. Po chwili niebo robi się bezchmurne i wchodzi żarówka. Eee, chyba nie tego chciałem dla piesia… Od trzech dni staram się w marszu być prywatnym, mobilnym parasolem ochronnym dla Leśki. Udostępnianie cienia średnio się póki co udaje. Na Przełęczy Woliborskiej autokar „wysadza” gros turystów, więc uciekam ile pary w nogach. Tutaj jednak i tak następuje znaczny wzrost czynnika ludzkiego na szlaku.
Zygmuntówka sprzyja relaksowi
Z trasy zapamiętuję trzy fajne podejścia: na Gołębią, Popielak i Kalenicę (tu już dziesiątki ludu). W międzyczasie robię popas na Polanie Wigancickiej. Mam sentyment do tego miejsca. Schodząc z tych wszystkich stromych wzniesień momentami czuję się jak szusujący z kijkami Alberto Tomba w czasach swoich najlepszych zjazdów. Dla tych gór tutaj wymyślam mało oryginalne określenie Sudet Wyspowy. Góra, dół, góra, dół, a przecież Góry Kamienne dopiero jutro. Schodzę do Zygmuntówki przed południem. Gdybym był sam, szedłbym dalej, ale wiem, że Leśce potrzebny jest każdy możliwy odpoczynek. Ja dziś natomiast potestuję regionalny browar Gór Sowich. Wasze zdrowie!
Dystans: 25,2 km 1175 m
809 m
Czas: 6h00min
Morale: śpiewające.
Piosenka dnia: „Hej! Hej! Hej! Hej! Myślę wciąż o Tobie. Hej! Hej! Hej! Hej! Czy myślisz jeszcze o mnie?” (Ralph Kamiński).